b_ludz.jpg (7461 bytes)


        


Z cyklu: „Polacy na ścieżkach świata – blaski i cienie emigracji”


Z cyklu: „Polacy na ścieżkach świata – blaski i cienie emigracji”

W życiu człowieka często bywa tak, że jeśli opuszcza się własny kraj nie myśli się z reguły o powrocie. Bo do czegóż byłoby wracać, kiedy ma się do czynienia z anomaliami, paradoksami administracyjnymi, z którymi trzeba pogodzić się albo wyemigrować. Z kolei tam, gdzie osiedlamy się też nie wszystko jest do zaakceptowania, bo co gorsze przysłowiowa „manna” nie
leci z nieba, pieniądze nie leżą na ulicy, a pracować trzeba jak za „trzech”. Prawdę powiedziawszy tylko dobra zapłata daje zadowolenie i satysfakcję, że o to nam chodziło. A kiedy już osiągnie się pewien standard życia i możesz wysłać mamie 100 dolarów, paczkę z ciuchami, kawą, czekoladą ma się przekonanie o słuszności swej decyzji. Fascynacja nową Ojczyzną trwa przez pierwsze dwa, trzy lata, początkowo podziwia się rozmach wielkich metropolii, potem bywa się codziennie konfrontowany z rzeczywistością i mile zaskakiwany. Bo jak nie cieszyć się na widok ogólnodostępnych obiektów sportowo rekreacyjnych: boisk do koszykówki, piłki ręcznej, nożnej, pływalnie, lodowiska i to za darmo.
W kraju osiedlenia, a mowa o Kanadzie szybko pojmujesz obowiązujący system prawny m.in. funkcjonowanie opieki socjalnej, zdrowotnej, administracji państwowej, która daje wrażenie, jakby stworzona została z myślą o ludziach i jego różnych potrzebach. Człowiek czuje pomocną rękę państwa, nie musi się martwić, jeśli zostanie pozbawiony pracy, bo można dalej egzystować na zasiłku socjalnym. Poczucie bezpieczeństwa jest fantastycznym stanem komfortu psychicznego, jesteś po prostu człowiekiem, a i bycie Polakiem nie jest zabronione. Na obczyźnie nie da się zrobić z Polaka Anglika, Niemca, Francuza, chyba że ktoś ma takie życzenie, ale i tak będą pytać „skąd pochodzisz?” Tam, gdzie Polak tam też nie brakuje polskich akcentów; prasy, telewizji, kościoła, fryzjera, lekarza, adwokata polskojęzycznego, banku Pekao, koncertu Stan Borysa, Maryli Rodowicz, Jerzego Połomskiego, kabaretu Elity itp. Życie polonijne opiera się głównie na tradycjach narodowych, pielęgnuje się ważne historyczne daty, kulturę, język polski i niby ma się to, czego nie miało się w Polsce, w głębi duszy doskwiera brak otoczenia rodzinnego.
Człowiek na emigracji żyje najczęściej w wielkich aglomeracjach, gdzie kontakt ze znajomymi możliwy jest jedynie poprzez telefon, przypadkowe spotkanie w sklepie, imprezie polskiej, albo w kościele. W ogóle kościół to mocna ostoja polskości na emigracji i jako kraj ludzi wierzących każdy Polak wie, że tylko w kościele znajdziesz kawałek ojczyzny, zwłaszcza w chwilach, gdy emigranta złapie nostalgia. Na obczyźnie, co tu dużo mówić, jesteś anonimowy, nie masz rodzinnego wsparcia, czujesz się zagubiony bo serce bije tam skąd przybyłeś. Wkurzasz się, jeśli ktoś źle wyrazi się o Polakach, właśnie bohater opisywanej poniżej historii brał udział w bijatyce z Portugalczykami, ponieważ obrażono rodaka. Poczucie dumy z własnej Ojczyzny, obnoszenie się polskością to sprawa honoru niemal każdego emigranta.. Nie daj Boże mówić komukolwiek źle o Polsce nawet, gdyby była racja, podobnego typu akty nie uchodzą nikomu bez ostrej reprymendy. Dlatego z upływem czasu dochodzi się do stwierdzenia, że mocno zapuszczone są polskie korzenie i coraz częściej pojawia się myśl o powrocie. No i ta tęsknota za obiadkami babuni, wypraną odzieżą mamy, kopania w piłkę z kolegami, pogaduszek z koleżankami i pyszności z baru mlecznego daje się mocno we znaki. Wprawdzie odwiedzasz regularnie kraj odrabiając zaległości w kontaktach z rodziną, ale przychodzi moment, kiedy musisz znowu wyjechać, by powrócić dopiero za kilka lat.
Podobne rozterki przeżywa większość emigrantów, także młoda rodzina, która po 20 latach życia w Kanadzie zdecydowała powrócić do Polski. W duchu codziennie przeklinali Atlantyk, na każdym kroku odczuwali brak bliskich – jak powiadają, zwłaszcza gdy urodziła się córeczka. „Malutka” nie znała babci, wujka, cioci, kuzynki, nieraz potrzebowali kogoś do opieki, której musieli szukać wśród obcych ludzi. Wszędzie trzeba było „małą” wozić ze sobą, o pójściu do kina, o koncercie nie było mowy, dlatego myśl o powrocie dojrzewała wraz ze wzrostem dziecka. Na ich powrót cieszyli się wszyscy, zwłaszcza matka, braci, kuzyni, koledzy, choć nie brakowało ludzi, którzy im pukali w czoło. Jednak optymistyczne prognozy dochodzące z Polski utwierdzały ich w przekonaniu, że Ojczyzna czeka, są potrzebni, ofert pracy nie brakuje, gospodarka kwitnie etc. Nie powodziło im się źle w Kanadzie, on świetnie zarabiał, a mimo to mogli nie częściej niż raz na trzy, cztery lata odwiedzać rodzinne strony. W Kanadzie jeśli nie pracujesz, to nie zarabiasz tylko wydajesz, bo nie ma „tam” zasiłku urlopowego, ‘mega” podwyżki, „trzynastki”, a jedynie wypłata w tygodniowych odstępach, a pensja „na raty” w większości pochłaniają opłaty. Oszczędzanie przy takim systemie płatniczym wcale nie jest takie proste, a poza tym, co tu dużo filozofować młodość rządzi się innymi prawami.
Przygotowania do powrotu trwały ok. 3 miesiące i kosztowały sporo pieniędzy; przelot dla 3 osób plus pies, transport mienia drogą morska, rozmaite opłaty za wystawienie dokumentów, tłumaczenia itp. W wielkim napięciu liczono dni odlotu, by w końcu doczekać się lądowania na Okęciu. Nie mieli do czego wracać, więc zanim opuszczali Kanadę zlecono znalezienie mieszkania, aby nie zatrzymywać się u rodziny, która mieszka w małych klitkach typu M-1, M-2, najwyżej M-3. Sądząc po ogłoszeniach w prasie, internecie z najmem lokalu nie powinno być problemu, jednak to, co oferowano przypominało im ponure czasy z okresu dzieciństwa. Proponowano mieszkania w kiepskim stanie technicznym z brudnymi ścianami, umeblowanie sprzed 30 lat, a ceny czynszu identyczne, jak w Toronto. Aż się wierzyć nie chciało, że byłe„komunalki” wykupione od miasta za symboliczne kwoty ( fajny prezent) nabrały wartości, jakby zlokalizowane były co najmniej w Paryżu, Londynie, Berlinie. Chciałoby się w tym miejscu zapytać o moralność tych ludzi, zresztą, to nie pierwszy i ostatni szok dla przybyszy zza Oceanu.
Po zakotwiczeniu się w wynajętej „czynszówce” nastąpił etap pielgrzymowania po urzędach w dosłownym tego słowa znaczeniu. W przeszłości szło się do Ratusza, gdzie mieściły się niemal wszystkie wydziały, dzisiaj porozrzucane po całym mieście chodzić musisz z planem miasta i mieć dobrą kondycję fizyczną. W urzędach przybyło urzędników, kierowników, sekretarek, sprzętu na światowym poziomie i tylko nawyki, stosunek do petenta ,jak się przekonali pozostał niezmieniony. W miarę szybko pojęli, że jeśli coś załatwią to mogą mówić o wielkim szczęściu, bo najczęściej ci zza biurka reagują na widok interesanta z wielkim dystansem i często dezaprobatą. Nie przywykli, by w urzędach robiono łaskę, poza tym liczyli na zrozumienie ich sytuacji, kompetencję i pomoc. W końcu urzędnicy nie pracują społecznie, posiadają dobrze płatne prestiżowe stanowiska, które obligują ich do solidnej pracy. No cóż, mieli pecha już na starcie ponieważ wrócili w szczytowym okresie wymiany dowodów osobistych, ale mieli nadzieję na ekstra bonus. Nie spodziewali się, że trafią na biurokratyczny mur, mało kogo interesowało, że w ogóle nie posiadają dowodu tożsamości, utknęli w miejscu przez dwa i pół miesiąca, bo nie było szans na obejście kolejki. A z paszportem nie załatwisz niczego, natomiast na dowód osobisty trzeba było przejść urzędowe procedury: zarejestrować się do kolejki, złożyć wniosek, wyczekiwać na odbiór i dopiero od tego momentu można było praktycznie startować w życie. Dzięki życzliwości niektórych starszych urzędników udało się jedynie przyspieszyć umiejscowienie aktu urodzenia dziecka, co pozwoliło „małej” dostać się do przedszkola. Pozostali urzędnicy ( najczęściej młodzi ludzie) traktowali „przybyszy” zgodnie z rygorami prawa, nie mieli wyboru - musieli trzymać nerwy na wodzy i z pokorą znosić nastrój urzędnika. A wydawało się, że urząd to państwo, Polska, która służy dobru obywateli. Bo cóż można zdziałać bez „dowodu tożsamości”- po prostu bezsensownie czekać. Oszczędności topniały z każdym dniem, miesiącem, a przecież planowali kupić mieszkanie i pójść do pracy. Owszem, nim opuszczali Kanadę wysyłali emaile do prezydenta miasta z prośbą, by poinstruowano lub pokierowano do właściwych urzędów, które zajmują się powrotami. Chodziło o tzw. listę obowiązujących aktów prawnych, przepisów m.in spraw meldunkowych, zasiłku rodzinnego, prawa jazdy itp. Niestety, nie ma zwyczaju w Polsce odpowiadać na listy, nie istnieje program „powrotów” i każdy kto chce ponownie osiedlić się w kraju musi sam na wyczucie nosa krok po kroku pokonywać administracyjne bariery. Bywali urzędnicy, którzy pokazali, że mają serce i uczucia, zwłaszcza starsi z długoletnim stażem. Jednak najczęściej trafiali na takich, którzy owszem mieli uczucie, ale nieupoważnionej wyższości do czego nie byli przyzwyczajeni – jak powiadają. W Polsce w urzędy traktują swoich obywateli nonszalancko, trzeba niekiedy nisko kłaniać się, być pokornym, by nie narazić się i nie odejść z kwitkiem. Niejednokrotnie zdarzało, że Kanada odbijała im się czkawką: „tutaj jest Polska” przypominano z przekąsem. Szybko zorientowali się, że biurokraci nie potrafią słuchać rozwiązywać problemów administracyjnych w spokoju, na wszystkim bardzo dobrze znają się, nie tolerują krytyki i obligatoryjne akceptowana jest bylejakość. Najlepiej byłoby nikomu nie przeszkadzać, bo pracownicy ciągle są zajęci, albo rozmawiają przez telefon, są w trakcie jedzenia, pogawędki, patrzą w komputer, wychodzą z biura albo ich nie ma. Nie lepiej wygląda sytuacja w różnych biurach pośrednictwa, gdzie płacisz słono za usługę np. kupno mieszkania, a samemu trzeba dopilnowywać formalności - nie chcąc powiedzieć: „inaczej niż w Kanadzie czy Niemczech”.
Młoda rodzina z Kanady miała też spore problemy o odzyskaniem mienia przesiedleńczego przez firmę po polskiej stronie, nikt nic nie wie, co, gdzie, kiedy przyjdzie mienie. W reklamowych materiałach firmy same slogany: solidnie, w ciągu dwóch tygodni, pod drzwi etc. Bla, bla, bla…Okazało się, że powierzone mienie stało się „zakładnikiem” pomiędzy firmami transportowymi i ich wzajemnymi rozliczeniami finansowymi. Na wielokrotną interwencję, usłyszano odpowiedź, że z „chwilą opuszczenia portu firma nie odpowiada za przekazaną przesyłkę”, inaczej mówiąc należało samemu eskortować„majątek” na szlaku morskim. Na szczęście etap urzędowy mają poza sobą, załatwianie formalności zajęło im około pół roku, nauczyli się pokory i dystansu do instytucji publicznych. Nie można powiedzieć, że system prawny w Polsce jest zły, denerwuje tylko selektywne traktowanie petenta w zależności od nastroju i chciejstwa urzędnika. Póki co, nasi przesiedleńcy – jak powiadają, czują się dobrze we własnej Ojczyźnie. Pomimo wielu trudności, jakie musieli przejść przez konieczne procedury urzędnicze nie żałują decyzji powrotu. Powoli zaczynają przyzwyczajać się do polskich standardów, gdzie stosunek do obywatela budzi jeszcze wiele życzeń. Ciężko było im połapać się w gąszczu uciążliwych procedur, ale istotne jest to, że spełniło się marzenie powrotu do swojego kraju. Wszystko, co ich otacza jest bliskie, swojskie i co najważniejsze nikt nie pyta: „skąd pochodzisz”? Wyżej opisane fakty widziała, słyszała i spisała „KRYCHA”.

 

STRONA GŁÓWNA