|
Emigracja, emigracja ale jak
na urlop to do Polski!
Z
dużą dozą niepokoju traktuję ten powyższy, prowokujący tytuł mojego elaboratu
na tak żywo dyskutowany obecnie w Niemczech i w Polsce temat emigracji.
Sama jako 65-cio letnia kobieta, lekarka, żona polskiego
inżyniera i matka 4-ki dzieci, wyemigrowałam z Polski przed 35-ma laty. Mam
wiec za sobą 30 lat życia w Polsce - mojej Ojczyźnie i 35 lat życia i pracy
zawodowej w Niemczech. Należymy do tej wczesnej emigracji, która nie była jak w
19-tym wieku emigracją "za chlebem", ani wygnaniem jak w 18-tym
wieku, ale powodowana była bezsilnością naszej grupy społecznej wobec reżimu
jaki narzucał nam ówczesny ustrój.
Wprawdzie połuźniły się już wtenczas represje
antyreligijne, pracy było dużo, ograniczano nam jednak wolność i kontakty ze
światem. Wyjazdy zagraniczne były wyłącznie dla bardzo bogatych bądź
uprzywilejowanych, korespondencja z zachodem kontrolowana, częściowo niszczona.
Zdobycie mieszkania należało do wybrańców losu, podobnie jak mebli, wózka
dziecięcego, konfekcji dziecięcej, obuwia... Nie wspomnę już o kolejkach za
podstawowymi artykułami żywnościowymi i naszych niskich zarobkach. Trawiła nas
ciągła niepewność co kupić, gdzie kupić, i za co. Nasi rodzice wspominali
często inne, przedwojenne czasy, a wspominając je, łzawiły ich oczy.
Ta ziemia obiecana to zachód leżący nieopodal, tylko
przekroczyć, żelazną kurtynę - barierę uzbrojoną w baterie samostrzelających
karabinów maszynowych.
Droga
do wolności była już wtedy dla jednych drogą do nieba, dla wielu jednak drogą
do samozniszczenia. Wiodła bowiem przez cierpienia duchowe najcześciej nie do
przewidzenia i często nie do opanowania. Ale kto z nas ma odwagę o tym mówić, o
tej słabości, o tych problemach, które inni byli w stanie pokonać a ja nie?
-Wyrwanie ;z:-.dotychczasowego
środowiska, często autentyczna bieda i izolacja spowodowana najczęściej
nieznajomością obcego języka (np. jedynie na poziomie turystycznym), brak
zatrudnienia i brak kontaktu ze starym środowiskiem (dotyczy starych
emigrantów), pozostawienie swoich bliskich w kraju bez wiadomości (dotyczy
starej emigracji), czasem w ciężkich warunkach materialnych, w chorobie, w
starości czy umierających - stwarżały, że emigracja stawała się nierzadko
koszmarem rzutującym nawet po latach na dalsze losy emigranta. (Moją matkę
chorą na raka wolno mi było odwiedzić dopiero w stanie agonalnym - telegram
przysłał ordynator szpitala.)
Nostalgia emigracyjna, depresja, choroby
psychosomatyczne, psychiczne i samobójstwa były i są nierzadko odpowiedzią na
tak radykalne posunięcie jakie stwarza emigracja.
Sami
emigranci bowiem są bardzo zróżnicowani. Chociaż z reguły optymistycznie
nastawieni do zmiany środowiska, nie zawsze jednak na długo wystarcza im ich
"akumulator" dobrego samopoczucia. Często wyjeżdżają ludzie z
defektem uczuciowym, dla'których rozstanie z bliskimi nic nie znaczy. Niestety
także i chorzy czy słabi psychicznie decydują się w nowym środowisku zacząć od
nowa, awanturnicy, uzależnieni, chorzy cieleśnie licząc na lepsze leczenie niż
w kraju, ludzie zrezygnowani pragnący uciec od teraźniejczości, od swych
dzieci, współmałżonków, konfliktów, szefów, długów itp.
Na
szczęście najwięcej jest tych, którzy pragną żyć łatwiej i dostatniej w kraju o
wyższej stopie życiowej niż w ojczyźnie.
Tym
ostatnim potencjalnym matkom i ojcom jak również matkom i ojcom należałoby w
Polsce trzymać przed oczami szyldzik ze znaną mądrością życiową
"Najwartościowsi ludzie dojrzewają w biedzie". (Przy tej okazji jako
lekarz dodam, że skromne odżywianie sprzyja zdrowiu bardziej niż codzienne
świętowanie.)
Mężowi mojemu i mnie było dane po 8-mio miesięcznym
kursie języka niemieckiego dla studentów i absolwentów szkół wyższych,
zamieszkać wraz z dwójką małych dzieci
w
1/3 millionowym mieście i pracować w swoich zawodach. Otrzymanie wymarzonego
mieszkania i pracy w swoich zawodach nie było w Niemczech wówczas większym
problemem. Od około 15-tu lat lekarze muszą zdawać egzaminy.
Z uwagi na moją profesję mam tutaj do_czynienia z dużą
ilością obcokrajowców z wszystkich prawie kontynentów. Główną uwagę jednak
skupię na Polakach, którzy w liczbie paru tysięcy rocznie odwiedzają moją
praktykę, szukając pomocy nie tylko w swych somatycznych schorzeniach ale i w
psychicznych, które z reguły poprzedzają pierwsze. Do tych dołączają się niekiedy
tzw. choroby cywilizacyjne, których w Polsce jest jeszcze stosunkowo mało,
przeto informacja o nich jest dość skąpa. Leczę już 4-te pokolenie polskiej
emigracji i jestem podobnie jak nasi księża w tutejszych polskich parafiach,
institucją charytatywną. Tłumaczę niezrozumiałe czasem i dla rodowitych Niemców
teksty urzędowe, piszę podania i listy, jestem rozjemcą w licznych sporach z
tutejszymi instytucjami i sąsiadami, jestem świadkiem i pośrednikiem a przede
wszystkim doradcą i źródłem informacji.
Pacjent w praktyce lekarskiej to nieco, inny człowiek
niż ten na ulicy — modnie ubrany, uśmiechnięty, który na standartowe tutaj
"Jak idzie?" - odpowiada standartowym "Dobrze, a tobie?"
Także różni się od posiadacza wymarzonego samochodu, który swe samopoczucie
dozuje naciskiem na pedał warczącego 4-ro lub 6-cio cylindrowego silnika.
Pacjent w gabinecie lekarskim jest jakby figurą
pozbawioną okrycia, pozy i kłamstwa. Jedynie w tym przypadku jesteśmy w stanie
mu pomóc. Kiedy ustępuje działanie tak powszechnie reklamowanych i łatwo
dostępnych tutaj zdobyczy cywilizacji - zaczyna myśleć, wspominać i cierpieć.
I nie wystarczają na długo używki, smaczne (to nie
znaczy, że zdrowe) jedzenie, udane zakupy (dla siebie!), seks, nowe znajomości,
bodj-studio, solarium, kąpiele, płonące świeczki, błyszcząca biżuteria,
fryzjer, kotek czy pies.
Polacy to słowianie. Późnią się od germanów metyłko
wyglądem, mową, odmienną kulturą, ale mają też odmienne potrzeby. Inaczej
cieszymy się, inaczej świętujemy, co innego jemy, inaczej ubieramy się, myślimy
też nieco inaczej, inaczej chorujemy i umieramy inaczej. Nie wspomnę już o
moralności ! Nasza muzyka, sztuka, temperament, sfera uczuciowa, mentalność —
tok myślenia i pojmowania - są inne.
My jesteśmy nadzwyczaj wrażliwymi ludźmi i bardzo
łatwo nas zranić i trwale uszkodzić. Toteż ucieczka od tego co było i zacząć od
nowa nie przychodzi nam tak łatwo jak innym narodowościom, które żyją tutaj
zazwyczaj w enklawach i czują się prawie jak we własnej ojczyźnie.
My chcemy być w krótkim czasie nie gorsi od Niemców.
Cóż, kiedy stare problemy, konflikty, grzechy, niedomagania i ambicje zabieramy
ze sobą do nowej ojczyzny i smażymy je przy nowym ognisku lecz w tym samym
ogniu.
A wielu z nas. nie zadawala się nowym autem,
mieszkaniem z balkonem i kwiatkami czy czystą klatką schodową i odczuwając
duchową próżnię dąży do czegoś więcej.
Kiedy
emigrant dochodzi do wniosku, że to obecne niebo nie jest dla niego tym
właściwym niebem - na powrót jest czasem za późno. Czasem nie ma do kogo
wrócić, lub nie ma do czego wrócić, niekiedy wstydzi się wrócić. Bo inni
podołali, mieli szczęście, ja nie. Wtenczas smutek i rozsterka, zagłusza
"szczęście za pieniądze". Cierpi na ciele i na duszy, ale jakoś nadal
pcha do przodu. Taki stan funkcjonować może nawet latami podsycany odwiedzinami
w kraju, gdzie wszyscy podziwiają i zazdroszczą i dodają tym samym animuszu.
Emigracja była i jest wielkim problemem.
Powodzenie emigranta zależy bowiem nie tylko od jego
wieku, stanu zdrowia, znajomości języka obcego, wykształcenia (zawodu),
stabilnej rodziny, (motywacja) zdobycia pracy na obczyźnie, ale też od tego kim
był emigrant w Polsce, kogo i co tam pozostawił, a nawet od tego czy potrafi
oszczędzać.
Przysłowia
są mądrością narodów. Jedno z nich mówi: "Odezwij się a powiem ci kim
jesteś." Otóż tu zaczyniamy wszyscy od przedszkola.
Niektórzy
mając łat 60! I nie czas na kształcenie się,
poznawanie topografi i kultury nowej ojczyzny.
Czas na zarabianie i to najczęściej byle gdzie, byle więcej.
Są tutaj i lat trzydzieści wykształceni rodacy, którzy
nazywają się Niemcami a do pisania (podobnie jak Turcy) potrzebują dzieci lub
wnuków.
A ilu z nas pada ofiarami oszustów (np. wynajmując
mieszkanie), handlarzy, banków czy.
ubezpieczeń. Bo na pozór wszystko jest proste i wygląda różowo.
Duża część zaprzyjaźnionych ze mną emigrantów zwierza
mi się, że żałuje tego kroku. Dwie osoby wyraziły się dosłownie, że gdyby
mogły, "na kolanach" wróciłyby do Polski.
Do posługi w Niemczech potrzeba było zawsze wielu
cudzoziemców i nasi rodacy znajdują tu wielkie pole do popisu. I na tym
poziomie pozostają najczęściej do renty, minimalizując swoje intelektualne
ambicje.
Toteż sprawa emigracji polskiej inteligencji jest tu
zazwyczaj godna politowania. W pracy spędzamy przecież większą część swego
aktywnego życia.
Smutny
to fakt, jak pracujący kiedyś na deskach kreślarskich projektanci, ekonomiści,
urzędnicy, prawnicy, nauczyciele, wysoko wykwalifikowany personel pielęgniarski
- znajduje zatrudnienie na budowach, sprzątając, w transporcie, w pralniach, w
restauracjach, w hotelach, w fabrykach na taśmach, w sklepach, w gospodarstwach
domowych i rolnych, czy w domach starców i w szpitalach - jako siły pomocnicze,
często w nocy, w niedziele i w święta kiedy inni niechętnie pracują.
Podczas kiedy przed laty z dużym powodzeuiem
opowiadano o nas. wice (w rodzaju: '"Jak wygląda Polska z lotu ptaka - jak
talerz pierogów pół ruskich, pół leniwych", albo "Kaum in Polen schon
gestohlen" - " Co dopiero w Polsce, już go okradli"), dzisiaj
mówi się o nas inaczej: „O, Polacy, ci to umieją pracować". Wielokrotnie
słyszę do tego „Wiem bo moja sprzątaczka jest Polką". Co natomiast dotyczy
kryminalistyki czy alkoholizmu w Polsce (z czego Polacy są tak znani na
zachodzie) - wystarczy spojrzeć do internetu. Na zachodzie pije się prawie w
każdej rodzinie, elegancko, przy świeczkach, codziennie....
Ze
strony Niemców rośnie znowu opinia, że Polacy przyjmują prace poniżej ustalonej
taryfy i zabierają już i tak ograniczone miejsca pracy. Wzmaga się antagouiżm,
pomimo tego, że jesteśmy tutaj ogromną konkurencją głównie dla Turków, Rosjan,
Rroatów, Portugalczyków. Azjatów czy kolorowych - z reguły prostych ludzi,
których katastrofalna sytuacja materialna czy prześladowania zmusiły do
opuszczenia ojczyzny. Z przyjemnością i z podziwem słucham jak z szacunkiem z
miłością opowiadają oni o swoich rodzinnych stronach. Głośno i chętnie
rozprawiają w ojczystym języku w mojej praktyce, kontynuują swoje tradycje
narodowe i rozmawiają w domu wyłącznie w języku ojczystym. Dzieci rosną zatem w
dwóch językach i tym łatwiej przychodzą im następne języki obce. Jeżdżą na
urlopy "do domu", a po osiągnięciu renty - duża ich część wraca
"do siebie."
Polacy natomiast z reguły obarczeni są kompleksami,
wstydzą się swojego języka, zmieniają nazwiska i imiona. Zdarza się nawet, że
niemiłosiernie kaleczą niemiecki udając przy
tym, że zapomnieli już polski (nawet bez świadków, sam na sam ze mną). A
przecież sam Goethe powiedział „Jeszcze jeden język, a jesteś jeszcze raz
człowiekiem".
Odnoszę wrażenie, że wielu z nas nie bardzo wie gdzie
się zaszeregować. Brak nam jedności. Nie pisze już o tym tak rozpaczliwie
Norwid w Paryżu?
Slązacy
mają tu sklepy pod nazwą „Schlesische Spezialitäten" - Śląskie
specjalności" a de facto jedynie starzy Niemcy wiedzą gdzie leży Śląsk.
Nie słyszy się tutaj, pięknej śląskiej gwary, którą rozumie każdy Polak ale
żaden Niemiec. A szkoda.
Najłatwiej
jest tutaj żyć tym, którzy już w Polsce czuli się Niemcami. Ci obcują tu
wyłącznie z Niemcami lub wśród takich samych jak oni, co z Polakami nie chcą
mieć nic do czynienia. Tych emigrantów już w drugim pokoleniu nie odróżnia się
od rodowitych Niemców. Polskie tradycje, polski język nie znane są już ich
dzieciom. Oczywiście z olbrzymią stratą dla nich, ale z tego zdaje sobie sprawę
jedynie polska i niemiecka inteligencja.
Problemem
są ci, którzy po rozpakowaniu walizek nie chcą żyć inaczej jak dotąd i chociaż
doskonale opanowali język i kulturę drugiej ojczyzny, chronią pamięcią i dobrym
słowem przeszłość jak własną matkę - starą kochaną choć ubogą.
Ciągła
walka o swą godność i godność tych co „tam" pozostali, tworzy konflikty,
pochłania wiele energii i dobrego samopoczucia. Próbuje się jakby przekonać
słuchacza o tym, że jest się kimś, przecież nie gorszym od obywatela zachodu,
pomimo tej upokarzającej pozycji - wyciągniętej ręki o pracę, rentę i
udostępnienie egzystencji.
Niemcy
niewiele wiedzą o nas Polakach i o Polsce, a możliwości pokazania im się z
najlepszej strony, wzbudzającej szacunek, zaufanie czy podziw, mamy tutaj
zdecydowanie mniej niż w ojczyźnie. (Choćby tylko z uwagi na barierę językową).
Konflikty
powodowane zazdrością, konkurencją (wszyscy tu startujemy od zera), zaczynają
się już w rodzinie, a następnie przez sąsiadów i znajomych, sięgają czasem
wysokich sfer urzędowych.
Ostatnio coraz więcej spotyka się tutaj
zalegalizowanych polskich „czasowych emigrantów". Przyjeżdżają na
określony czas, zarabiają i wracają do kraju. Na tych, najczęściej zachwyconych zachodem obywateli, czekają tutaj również niespodzianki
jak używki, przelotne i nie przelotne znajomości, wyrafinowani
naciągacze! ...lekarze..
Podczas kiedy Niemiec może mieszkać i pobierać rente w
całym świece, ex Polak - rentier obarczony jest ograniczeniami. Najlepiej
dowiedzieć się o tych aktualnych przepisach przed opuszczeniem kraju.
Panta rhei - wszystko płynie i to nie tylko u
starożytnych Greków.
Już nie musimy wstydzić się naszego pochodzenia. W
całym świecie znani jesteśmy z tego czego nie można kupić za pieniądze: z
aktywnej wiary katolickiej, godności osobistej i inteligencji, z wysokiego
poziomu szkolnictwa i uniwersytetów (także z dyscypliny i kultury bycia w tych
instytucjach), z gospodarności, praktyczności, zaradności, z taktu i elegancji,
wdzięku i temperamentu, literatury i sztuki, muzyki i tańca.
A kuchnia? - Ta zabrała zaborcom i sąsiadom co
najlepsze: Austriakom - sznycle, Węgrom - paprykarz, Czechom - knedelki,
Rosjanom - pierożki, Francuzom - kurę, Żydom - karpia, Włochom - łazanki a
Niemcom - Eintopf czyli najwspanialsze polskie danie - bigos!
Polacy zdobywają nagrody na światowych rynkach. Nasi
chirurdzy wygrywają konkursy, a naukowcy mają olbrzymi wkład we wszystkie
dziedziny wiedzy ( ja sama podążam na badania diagnostyczne i operacje do
Polski).
Nie sposób też zapomnieć o tym co tak oko cieszy, tak
raduje w domu i poza domem – o naszych pięknych dziewczynach. Każdy siary
Niemiec śpiewa o nich piosenki. Warto posłuchać.
Nasz piękny kraj, zielone mimo uporczywych upałów
łąki, niezrównane w swym uroku góry o pachnące lasy, rozłożyste plaże bałtyckie
i morze ... Jakie morze porównać się może z naszym, wprawdzie zimnym, ale tym
zdrowszym?
Codziennie tysiące turysów i wczasowiczów podąża do
naszej kochanej ojczyzny po zdrowie, po przeżycia kulturalne i wartości. Po
wiarę, która porywa i nadaje sens życiu. Kiećy i mnie znajomi czy pacjenci co
nowego w mojej ojczyźnie, odpowiadani niestrudzenie: Dobrze i coraz lepiej.
Budują kościoły, podczas gdy na zachodzie zamyka się jeden za drugim a budujemy
zakłady psychiatryczne dla dzieci i młodzieży, Wprawdzie szokuję tą odpowiedzią
ale być może uda mi się zatrzymać na moment myśl słuchacza na naszych
potomkach.
Mój
udział w konjunkturze i odnowie po latach niewoli mojego rodzinnego kraju jest
duży. Conajmniej 50 młodych osób (w tej liczbie są też rodziny z dziećmi) przekonałam
o bezsensowności dalszego pobytu w Niemczech. Wrócili do Polski. Z niektórymi
koresponduję, są mi wdzięczni za radę.
Codziennie
i niestrudzenie mówię Niemcom i Polakom o zdrowym, biologicznym żywieniu w
Polsce (małe ilości pestycydów - czyszczenie mrozem) o - suchym, zdrowym
kontynentalnym-klimacie świetnie nadającym się do uprawiana sportu. Nawet przy 30°C wieje orzeźwiający wietrzyk a chłodne noce (znaczna różnica temperatur między dniem a nocą)
działają bodźcowo na ustrój. Przy tym doskonała opieka lekarska z wysoko
wykwalifikowanym personelem pielęgniarskim i fizyko-terapeutycznym, to istotne
argumenty, którymi przekonywuję moich słuchaczy o wartościach zdrowotnych
urlopu spędzonego w- Polsce w porówaniu z południem, gdzie upał, manipulowanie roślinami
(słońce + temperatura + tania chemia) jest niewspółmiernie intensywniejsze niż
w Polsce.
Ostatnio w Niemczech żywo dyskutowana jest sprawa
religii i etyki. Mówi się o Polsce jako ostoi chrześcijaństwa w Europie. Jestem
przekonana, że wiele kościołów w Niemczech zawdzięcza jeszcze swe istnienie
naszym emigrantom. Zanim Polak sięgnie po rozwód, psychofarmaka czy da się
uśpić na stole-operacyjnym - szuka najpierw pomocy u Boga. Mimo represji,
prześladowań i pogardy ze strony zaborców i okupantów (którzy usiłowali
zniszczyć w nas ducha), pozostaliśmy jak nasi ojcowie - wierni Bogu i
Ojczyźnie.
Nie
jestem pewna czy jakikolwiek kraj może porównać się swoją historią z nami. W
całym świecie rozsiane są nasze groby i pomniki chwałyza wiarę i sprawiedliwość
(Sobieski - Wiedeń, Kościuszko - Ameryka, Mickiewicz - Konstantynopol,
Dąbrowski, Anders - Włochy, Hiszpania, Rosja, Persja...) Nie ujął nas za serce
Czarniecki swoim „My nie z soli ani z roli"?
Reasumując
przechadzkę po polskiej emigracji, ogarnia mnie smutek. Nieomal codziennie
przychodzą do mnie nowi emigranci: młodzi, zdrowi, niektórzy akademicy, samotni
lub z rodzinami, zrezygnowani lub euforyczni kandydaci na poniewierkę.
Pociągani złym przykładem, bez konkretnych informacji'jak tutaj żyć, komu
wierzyć,a kogo nie słuchać, co czytać a co natychmiast wyrzucić do kosza, gdzie
i co kupować, - szukają pomocy u osób niekompetentnych (np. zmieniają religię
„na lepszą"), wielu z nich traci zdrowie i tak żyją rok po roku jak
marionetki oddalając się od wartości aż do całkowitego ich zniknięcia z pola
widzenia. Kaleczą rozstaniem swych najbliższych, deptając więzy rodzinne –
miłość odpowiedzialność za drugą osobę (czasem za wiele osób).
Śmię jeszcze na koniec wspomnieć słowo niemodne jakim
jest patriotyzm - uczucie z rzędu uczuć wyższych jakim obdarzony jest
wyłącznie człowiek.
Podczas kiedy obecnie intelektualiści niemieccy
analizują błędy i szukają przyczyn niepowodzeń na forum rodzinnym, gospodarczym
i w polityce - w rewolucji kulturalnej lat 60, Polacy jak zahypnotyzowani prą
na zachód, nierzadko do pułapki z której już nie ma wyjścia.
Jak to przewidział w 16-tym wieku Jan Kochanowski
pisząc: "Cudze chwalicie, swego nie znacie..."
© Dr med. Jadwiga Waluga,
Krefeld
|