|
![]() |
|||
organizacja różnorakich form życia literackiego – spotkania autorskie, konferencje, projekty, stypendia, tłumaczenia, warsztaty itp., zwłaszcza w zakresie polsko-niemieckich kontaktów literackich.
Pisze i publikuje od 1974 roku. W pierwszych latach aktywności pisarskiej zdobyła wiele nagród na konkursach literackich. W latach 1974-2003 otrzymała liczne stypendia literackie i pobyty w domach pracy twórczej w Grecji, Włoszech i Szwecji. Również od 1974 roku aktywnie współpracuje z wieloma pismami polskimi i polonijnymi oraz rozgłośniami radiowymi. Od 1986 samodzielnie lub we współpracy z różnymi instytucjami zrealizowała liczne projekty społeczne i kulturalne. Z najważniejszych wymienić należy: Jest członkiem polskich i niemieckich Stowarzyszeń i Związków Literackich (VdS Verband Deutscher Schriftsteller – Związek Pisarzy Niemieckich; NGL; SPP Stowarzyszenie Pisarzy Polskich). Najchętniej pisze krótkie formy literackie, opowiadania i eseje. Pasjami podróżuje, często wrażenia przenosząc na papier. W pracy dziennikarskiej najbardziej interesuje ją problematyka kobieca, młodzieżowa, sprawy socjalne, stosunki międzyludzkie, historia kultury i literatura. Posiada doświadczenie we wszystkich rodzajach mediów (prasie, filmie, wideo, radio). W ramach Edycji Literackiej „WIR”, której jest redaktorką, ukazały się następujące pozycje: „Dwujęzyczność, podwójna tożsamość” (nr 1, marzec 1995) „Poetki z ciemności” (nr 2, listopad 1995) „Gertrud Kolmar; Swiaty” (nr 2a, kwiecień 1996) „PRL-NRD literatura niezależna” (nr 3, maj1996) „Marzenia, sny, przeczucia...” (nr 4, grudzień 1997) „Na Berlin” („Pogranicza”, Szczecin, czerwiec 1998) „Księga Odry” (unikatowa księga malarzy i poetów, wrzesień 1999) WIR – Arte.Nova „Śródmieście” (nr 5, maj 2000) „Berlin 2000” („Pogranicza”, Szczecin, maj 2000) Horst Bieniek, „Stopniowe zadławianie krzyku...” (tłum. Andrzej Panta; lipiec 2001) Lidia Głuchowska, „Stanisław Kubicki. Kunst und Theorie” (wrzesień 2001) „Ich oder Ja“ (nr 6, maj 2002, redakcja Alexander Gumz & Karla Reimert) w przygotowaniu: „Pasażerowie na gapę“ (nr 7, lipiec 2003, redakcja Agnieszka Debska, Radosław Wiśniewski, Tomasz Zacharewicz) „Ich oder Ja”(nr 8, 2003, redakcja Alexander Gumz & Karla Reimert) Lidia Głuchowska, „Stanisław Kubicki. Kunst und Theorie” (wydanie II poprawione, wrzesień 2003) Lidia Głuchowska, Peter Mantis, „Stanisław Kubicki. Psalmy Noego” (wrzesień 2003) Ewa Maria Slaska mieszka od 1985 roku w Berlinie. Tel. 030/74073309, fax. 030/74073310, e-mail: info@wir-edition.de, www.WIR-edition.de, www.zero-projekt.org TWÓRCZOŚĆ: debiut książkowy: Portret z ametystem (powieść), Gdańsk 1981; Dochodzenie, Paryż 1985; E.M. Slaska, M. Ryziński (współautor) Jak podróżować po Niemczech (przewodnik kulturalno – turystyczny), Warszawa 1998; Publikacje w licznych polskich i niemieckich antologiach oraz prasie polskiej, niemieckiej i polonijnej. INFORMACJE: www.wir-edition.de, G. Ziętkiewicz, Polen in Berlin Berlin 1986; Biographical Oxford Dictonary, Oxford 1990; „Dialog“ 1996, nr 1; liczne wywiady radiowe, telewizyjne i prasowe w polskich i niemieckich mediach w tym film dokumentalny Telewizji Niemieckiej ARD w 1987 r – Ewa Maria, 35j. aus Polen; A. Stach Polski Berlin Berlin 1998; M. Kalczyńska Poesie ohne Grenzen „Schlesisches Wochenblatt” 1998, nr 23, taż, Niemiecko-polski statek poetów po raz czwarty na Odrze, „Kurier” (Hamburg) 1998, nr 18, taż Wkład polskich emigrantek w utrzymanie polskiego słowa w Niemczech. W: Losy Polek. IV Sympozjum Biografistyki Polonijnej 1-2 września, Wiedeń, red. A. i Z. Judyccy, Lublin 1999; taż Instytucje polonijnych wydawnictw literackich najnowszej emigracji polskiej w Niemczech, „Przegląd Polonijny” 1999, nr 4; taż Instytucje literacko wydawnicze w kontaktach polsko – niemieckich. Stan i perspektywy badawcze. Materiały z międzynarodowej konferencji naukowej Kamień Śląski 16-17 grudzień 1999 pod red. M. Kalczyńskiej, Opole 2000. E.M. Slaska, Berlin, lipiec 1998 r. MAJ: KOMÓRKI, WROTKI, PIESKI... Jest wiosna, okropnie upalna, więc na ulicach Berlina dużo się dzieje. Po części jest to kwestia tradycji. Zaczyna się 1 maja. Tradycja ta nie jest zresztą specjalnie długa, w tym roku podano, że od dwudziestu lat w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg lewicowa młodzież w różnym wieku buduje barykady i toczy walki z policją. Dwadzieścia lat to niewiele, ale ponieważ, jak wiadomo, zaszły w tym czasie poważne zmiany polityczne, upadły mury i systemy, powstały państwa wolne i demokratyczne, te dwie dekady wybiły lewicy berlińskiej (i nie tylko berlińskiej) grunt spod nóg i odebrały takim na przykład demonstracjom pierwszomajowym wszelki sens. Oczywiście globalny kapitalizm mógł był w międzyczasie nadać im sens nowy, ale jak na razie nie nadał. Przez kilka poprzednich lat można było jeszcze domniemywać, ze chodzi o zachowanie ogólnego sensu czynnego sprzeciwu jako instrumentu demokratycznej gry sił. W roku 2000, jeżeli ktoś jeszcze żywił dotąd jakieś złudzenia, co do celowości sprzeciwu obywatelskiego, to je stracił. Bo wprawdzie media na całym świecie doniosły o tym, ze w Berlinie "demonstranci znowu się biją z policją", ale bliższy ogląd sytuacji wykazał, ze chodzi tylko o "zadymę", w której brali udział kipiący nadmiarem energii tureccy młodzieńcy oraz szukający "interesujących przeżyć" chłopcy z dobrych berlińskich domów, dla których wyjazd na Kreuzberg jest wyprawą równie egzotyczną jak polowanie na niedźwiedzie w Górach Skalistych. Chłopcy walczyli, trzymając w jednej ręce kamień, do rzucania w policję, a w drugiej komórkę, przez którą wzywali kolegów lub informowali mamę, ze spóźnia się na kolację. W walkach wzięło udział około dwóch tysięcy osób. Znacznie większym zainteresowaniem cieszył się wieczór wolnej jazdy na wrotkach i deskorolkach po centrum Berlina, jaki, już po raz drugi w tym roku, zorganizowano 17 maja. Na półtorej godziny zamknięto główny trakt komunikacyjny Berlina, od parku Tiergarten pod Bramę Brandenburską i dalej ulica Unter den Linden do Placu Aleksandra. W Blade-Night wzięło udział 50 tysięcy skaterów, w tym policjanci na wrotkach! Dwie następne imprezy planuje się 1 i 4 czerwca. (Zapraszamy do Berlina!) Ponadto 21 maja, na tej samej mniej więcej trasie, szykuje się demonstracja właścicieli psów bojowych, które właśnie decyzja sadowa zostały w Berlinie zakazane. Prasa już od dawna donosiła o wypadkach ciężkiego poranienia przechodniów, zwłaszcza dzieci i joggerów, przez te ohydne psiska. Wiadomo tez, ze w większości ich właściciele rekrutują się z kręgów neonazistowskich. Teraz czeka ich ciężki egzamin, zbliżony do XIX wiecznego uzyskiwania świadectw moralności przez upadłe kobiety. Ironia historyczna chce, ze właściciele psów poczuli się tak prześladowani jak ... Żydzi w Trzeciej Rzeszy i początkowo planowali przyozdobienie demonstrujących piesków żółtymi gwiazdami Dawida, na co jednak, wobec zgodnego protestu opinii publicznej, władze nie wyraziły zgody. Mniej więcej w tym samym czasie, pewnej majowej nocy mojego gościa z Polski obudziły huczne wiwaty i fajerwerki. Wyskoczył przerażony z łóżka i zapytał drżąc, co się stało. "Wygraliśmy" odpowiedziałam. "Kto my?" Nie wiem, mieszkam w dzielnicy tureckiej, wiec może my Niemcy, może my berlińczycy, a może my Turcy. I tak tez było. Turecka drużyną piłki nożnej Galatasaray, nowa gwiazda futbolu światowego, wygrała mecz z drużyna angielską, co w tureckim Berlinie objawiło się zabawa na ulicach do bladego świtu. Wreszcie wszyscy zasnęli, a my siedzieliśmy na balkonie, wschodziło słonce i nad cichymi ulicami Neukölln melodyjny glos muezina wżywał wiernych na modlitwę do meczetu. Ponieważ jednak jest wiosna, to trzeba powiedzieć, ze na ulicach Berlina dzieją się sprawy mniej doniosłe ideologicznie, ale równie masowe. Donoszę więc pilnie, ze masowo nosi się nie tylko obwisłe spodnie, szare bluzy pseudodresowe i ortalionowe torby, tzw. body-bags, koniecznie i po równi szerokim pasem przecinające pierś, damska i męska, ale również, co dotyczy już tylko pan, bluzeczki na ramiączkach. I - uwaga - jak w pewnym dowcipie Mleczki: "Towarzyszu Szmaciak, wszystko nieaktualne", nieaktualne jest przekonanie, ze spod takiej bluzeczki nic nie może wystawać. Otóż po prostu spod ramiączek bluzeczki wystaje co najmniej jedna para innych ramiączek, skontrastowanych lub, przeciwnie, stonowanych barwą. W filmie "Erin Brokovitsch" takie ramiączka wystają prześlicznej Julii Roberts spod każdej bluzki, i obowiązkowo muszą wystawać każdej z nas. To pewnie zemsta producentów za feministyczną akcję palenia biustonoszy i dwa dziesięciolecia wolności damskiego biustu? ŚMIERĆW BERLINIE Przed rokiem, dziesiątego maja zabił się Christian Skrzyposzek. Od dwudziestu lat mieszkał w Niemczech, wiodąc w Berlinie trudną egzystencję pisarza i samotnika. Żył trudno i umarł równie trudno. Pogrzeb odbył się z udziałem księdza katolickiego, który nie ukrywał, że zegnamy samobójcę i był pewien, ze Bóg przyjmie do siebie "brata naszego, Christiana", oczekując od uczestników modlitw w tej właśnie intencji. Wszelka mu za to cześć i chwała, rzadko się bowiem zdarza, żeby księża katoliccy potrafili znaleźć właściwe słowa w obliczu samobójstwa. Tolerancja i ekumeniczny humanizm to wartości, o które w codziennym życiu berlińskim w ogóle niełatwo. Znacznie ważniejsze są pryncypia, zasady, twarda i nieugięta postawa. Dwudziestego pierwszego maja odbył się kolejny akt dyskusji o pomniku holocaustu. Lea Rosh i członkowie Komitetu Budowy Pomnika przykleili przed Reichstagiem kartki z napisem "To jest miejsce, gdzie stanie pomnik". Na pewno był to gest słuszny, a przecież jednocześnie straszny w swej zawziętej pryncypialności. Straszny jak cała odrażająca dyskusja na temat Pomnika. Ciarki mnie przechodzą na myśl o tym, że sprawcy odżegnują się od pamięci zbrodni, ale też wzdragam się, gdy dzieci ofiar sił próbują wymusić żal na dzieciach katów. Tu, mówi gest Lei Rosh, tu jest to miejsce, w którym musicie pamiętać o nieludzkich niemieckich zbrodniach, tu, w centrum Berlina trzeba pielęgnować pamięć o Niemcach jako narodzie morderców. Żal i skrucha ze strony niemieckiej, przebaczenie ze strony żydowskiej. Taka idea miała przyświecać pomnikowi Holokaustu. Nic z niej nie zostało. Pobożni Żydzi, odwiedzający groby swoich bliskich, przynoszą na cmentarz kamień. Kamień pamięci. Tysiąc lat temu całą Europę ogarnęło szaleństwo budowy wielkich kościołów. Było to wielkie zadanie techniczne, ale też wielki akt skruchy i pokory. Każdy, kto czuł się grzeszny i winny przynosił głaz na budowę kościoła. Kamień skruchy. Może zamiast dyskutować, zaczęlibyśmy przynosić kamienie. Kamień pamięci i kamień skruchy. Jednaki gest dla dzieci katów i dzieci ofiar, skromny, autentyczny, osobisty symbol paru ważnych wartości humanistycznych. Nic więcej - góra kamieni. Tymczasem 30 maja prasa berlińska doniosła, ze wyjaśnił się największy i bodajże najbardziej spektakularny przypadek kradzieży dzieł sztuki w Berlinie. 20 marca został skradziony samochód dostawczy Peugeot Boxer, w którym znajdowały się dzieła sztuki, o łącznej wartości półtora miliona marek, rzeźby i obrazy takich artystów jak Heinz Trökes, Käthe Kollwitz, Erich Heckel, Gabriele Münter, Joan Miro, Lyonel Feininger, Ernst Barlach, Friederike van Duiven, Otto Dix i Marc Chagall. Eksponaty zostały przywiezione z Kolonii i następnego dnia miały być wystawione do sprzedaży podczas aukcji. Zaalarmowana przez kierowcę samochodu policja rozpoczęła dochodzenie, do akcji włączyły się firmy ubezpieczeniowe, oferujące wysokie premie za pomoc w odnalezieniu skradzionych dziel sztuki - wszystko jednakże bez skutku. Tymczasem... Tymczasem zupełnie inny dział policji berlińskiej, odpowiedzialny za zupełnie inne przestępstwa, prowadził rutynowo swoje sprawy. W dniu 17 kwietnia urzędnicy wydziału do spraw kradzieży samochodów przeprowadzili rewizję w mieszkaniu niejakiego Krzysztofa S. Za szafą odkryto dwa obrazy. Reszty już można się łatwo domyślić. Biorąca udział w rewizji policjantka wyznała prasie, ze wprawdzie nie zna się na sztuce, ale wydało się jej, iż znalezione za szafą obrazy... nie pasują do reszty mieszkania podejrzanego. Krzysztof S. ma 29 lat, mieszka w berlińskiej dzielnicy Spandau przy Hedwigstraße i jest Niemcem pochodzącym z Polski. Prasa nazywa go zatem Deutschpole - niemiecki Polak - a Polacy w Berlinie Bogu dziękują za ten niemiecki przydomek. Krzysztof S. twierdzi, ze nie zamierzał kraść żadnych dzieł sztuki, interesował go tylko samochód, który zamierzał upłynnić w Polsce, a cała sprawa utrudniła mu życie, bo po pierwsze nie mógł wywieźć samochodu, a po drugie - musiał pozbyć się tych cholernych obrazów i rzeźb. Twierdzi, że rzeźby wywiózł na złom, grafiki spalił, niektóre obrazy sprzedał zaprzyjaźnionemu paserowi za kilka tysięcy marek (przynajmniej ta cześć opowieści okazała się prawdą), niektóre wywiózł na śmietnisko, zbyt duże, które nie mieściły się w samochodzie osobowym... przepiłował. Na usta cisną się różnorakie epitety, z których najłagodniejsze brzmią - idiota i kretyn. Tymczasem... Tymczasem... wcale nie jest wykluczone, ze mamy do czynienia z niezwykle wyrafinowanym złodziejem dzieł sztuki, kamuflującym się jako komediowa figura wiejskiego przygłupa, który o niczym nie wie, nic nie chciał i na niczym się nie zna... Tymczasem... go aresztowano, co dla dobra śledztwa podano do wiadomości publicznej dopiero w maju. Tymczasem... berlińska dzielnica Spandau, gdzie mieszka nasz delikwent, ma słowiański rodowód, jej nazwa brzmi właściwie Szpandawa i mieścił się tu gród wendyjski, który wszedł do historii, bo jego mieszkańcy zbuntowali się w roku 1157 i wszczęli powstanie, krwawo stłumione przez znanego skądinąd (to znaczy z podręczników historii) margrabiego Albrechta Niedźwiedzia. W decydującej bitwie Książe Wendów, Jaczo, utopił się w Haweli. Tymczasem... Hedwigstraße, przy której mieszka nasz delikwent, to ulica świętej Jadwigi, która była bawarska księżniczką z Andechs, wydana za mąż za piastowskiego księcia Henryka zwanego Brodatym. Jadwiga słynęła z typowej średniowiecznej pobożności. Umartwiała się, pościła, nosiła włosiennice, pielęgnowała chorych, wspomagała ubogich. Założyła pierwszy kobiecy klasztor na ziemiach polskich - w Trzebnicy. Przypisuje się jej tez cuda. Miała wskrzesić umarłego, co budzi jeszcze pewne wątpliwości, oraz, co już budzi raczej podziw i zdumienie, ochronić Legnicę przed Tatarami. I rzeczywiście, w bitwie pod Legnicą (co też znamy skądinąd) Tatarzy zwyciężyli wojska śląskie i zabili syna Jadwigi, Henryka Pobożnego, po czym...zawrócili na Wschód, nie zdobywając miasta i nie sięgając po nie bronioną już niemiecką Europę. To wtedy Polska stała się przedmurzem chrześcijaństwa, a Jadwiga zyskała miano świętej. Jadwiga zmarła w roku 1243. W ćwierć wieku później została kanonizowana i mianowana patronką Śląska. A w pięć stuleci później, gdy król pruski Fryderyk zwany Wielkim podbił Śląsk i wcielił go do Prus, Jadwiga została tez patronką Berlina. Ponoć Fryderyk próbował w ten sposób stworzyć pewien wspólny symbol swego, wciąż jeszcze stosunkowo młodego, królestwa. W Berlinie wzniesiono katedrę pod wezwaniem świętej Jadwigi - dziś główny kościół katolików berlińskich w centrum miasta - oraz w Spandau klasztor i przy klasztorze szpital. Jadwiga ma w Berlinie ponadto trzy inne ulice. Tymczasem... do Berlina przyjechali Czesław Miłosz i Bill Clinton, a jutro czyli 1 czerwca w Hanowerze otwarta zostanie Wystawa Światowa. Powyższe teksty publikowane były w „Kurierze Szczecińskim” w 2000 roku. |
||||