b_ludz.jpg (7461 bytes)

i_ludzie.jpg (11620 bytes)


        


Haffke Danuta

foto2.jpg (86963 bytes)

  

Urodziłam się 17 lipca 1928 roku w Łomży jako córka Stanisława i Stefanii Sienkowskich, matka z domu Białobrzeska.

Do ukończenia trzeciej lasy szkoły podstawowej mieszkałam w Łomży. W sierpniu 1938 roku rodzice przenieśli się na Wileńszczyznę do niewielkiego miasteczka - Głębokie.

Moje szczęśliwe dzieciństwo w inteligenckiej rodzinie skończyło się w chwili wybuchu II Wojny Światowej i wkroczenia na Wileńszczyznę wojsk Związku Radzieckiego tj. 17 września 1939 roku. Ojciec pod zarzutem działalności w organizacji podziemnej zostaje aresztowany i osadzony w więzieniu w Berezweczu, jako szczególnie niebezpieczny wróg narodu Związku Radzieckiego. Rozstrzelany został w maju 1941 roku.

Rodzina, tzn. Matka i pięcioro dzieci w wieku od 9-miesięcznego dziecka do 14 roku życia popada natychmiast w skrajny niedostatek z braku jedynego dotychczasowego żywiciela rodziny w osobie Ojca. Matka usiłuję opanować sytuację podejmując pracę zarobkową, która niestety nie jest wystarczająca na rozwiązanie problemów finansowych, za to zmusza do zaprzestania nauki i zaopiekowania się trójką młodszego rodzeństwa.

Następną tragedią dotykającą rodzinę jest wywózka na Syberię, do Barnaułu gdzie najpierw pracę podejmuje Matka i starsza siostra, a mnie przypada w dalszym ciągu obowiązek opiekowania się rodzeństwem. Od chwili gdy starsza siostra zostaje powołana do wojska, to ja staję się głową rodziny. Obowiązek ten nie tyko obejmował chodzenie do pracy i otrzymywanie kartek na chleb, ale też, co było najtrudniejsze, zdobywanie środków do życia w sposób nieformalny, żeby nie powiedzieć złodziejski. Ta praca trwała do końca pobytu na Syberii tj. do marca 1946 roku.

Szczęściem, przy delegaturze Ambasady polskiej, mieszczącej się w naszym baraku powołano do życia polską szkołę, co było dla ówczesnej młodzieży wspaniałym sposobem na rozwiązanie problemu z edukacją, odpowiedniej dla dzieci w poszczególnych grupach wiekowych.

To wszystko opisałam w mojej książce pt. „Gorzki smak mleka – czyli nigdy więcej”.

Obok niechybnej radości z powrotu do wymarzonej Ojczyzny i zamieszkania we Lwówku Śląskim wypadło z kolei przeżyć gorzkie rozczarowanie natury polityczko-ekonomicznej kraju, będącego w rzeczywistości pod okupacją sowiecką. Znów przypadł mi obowiązek pracy, uzupełniania wykształcenia i w dalszym ciągu opiekowanie się rodziną.

W 1950 roku wyszłam za mąż za Edmund Kałduńskiego – magistra wychowania fizycznego, nauczyciela, a późniejszego pracownika Kuratorium Okręgu Szkolnego Koszalińskiego dokąd wypadało przeprowadzić się z Miastka. Oboje pracowaliśmy. Ja m.in. prowadziłam szkołę przyzakładową w spółdzielczości. W latach 1953 i 1956 urodziłam córki. Po czteroletniej przerwie  powróciłam do pracy zawodowej równocześnie wychowując dzieci i prowadząc dom. W nielicznych wolnych chwilach próbowałam pisać. Były to w szczególności wiersze okolicznościowe, opis momentów przywołanych w pamięci, a „lądujących” przeważnie w szufladzie lub w niedługim czasie od powstania – zgubionych. Zainteresowałam się również recytacją, co dawało mi dużą satysfakcję szczególnie po wzięciu udziału w konkursach twórczości Skamandrytów i zdobywaniu kolejnych czołowych lokat.

W latach siedemdziesiątych rozpadł się mój związek małżeński i znów spłynął na mnie obowiązek samodzielnego wychowywania i wykształcenia córek.  Czyniłam maksymalne starania by temu sprostać i dziewczęta zdobyły wyższe wykształcenie. Natomiast w efekcie ich działań ja stałam się „podwójną” babcią i mając za sobą czterdzieści lat pracy i kompletnie zrujnowane zdrowie, skorzystałam z możliwości przejścia na rentę.  Pozwoliło mi to zaopiekować się jednym z wnucząt, ponieważ jego mama miała jeszcze do ukończenia studiów dwa lata. Oczywiście wcześniej wydałam za mąż dwie córki, jednocześnie.

Wreszcie dzieci się usamodzielniły i wyprowadziły. Zostałam sama. Korzystając z możliwości dysponowania dużą ilością czasu nauczyłam się tkactwa, haftu i szycia wszelkiego rodzaju garderoby własnej. Odtąd moje ubrania są niepowtarzalne, jako że nikomu poza sobą nie szyję.  Nie dotarłam jeszcze do garncarstwa, które od dawna jest jednym z moich marzeń, ale pewnie uda mi się to jeszcze zrealizować.

W 1980 roku poznałam mojego obecnego męża – leśnika, a czasie Stanu Wojennego wyszłam za niego za mąż. Oboje byliśmy już na emeryturze. Przybyły mi z tej racji dwie córki i trzech wnuków. Dziewczyny bardzo miłe, ale mieszkające w Toruniu.  Mąż zamieszkał ze mną w Koszalinie udostępniając swoje toruńskie mieszkanie córce spodziewającej się dziecka.

Kiedy warunki materialne stały się w Polsce nie do zniesienia, dowiedziałam się, że mój mąż ma niemieckie pochodzenie co otwierało nam możliwość zamieszkania a w Niemczech, wówczas Zachodnich, otrzymania mieszkania i emerytury. Bardzo trudno było mi podjąć decyzje o wyjeździe z kraju, ale stało się. Wyjechaliśmy na wycieczkę do Berlina Zachodniego i do dziś tu jesteśmy. Na szczęście Koszalin jest na wyciągnięcie ręki, a i granice zostało obecnie zniesione!

Ponieważ z natury jestem osobnikiem stadnym w Berlinie szukałam organizacji zrzeszającej Polaków. Było ich wówczas mnóstwo, a ja wybrałam Związek Polaków w Niemczech – najstarszy z wielkimi tradycjami i Prawdami Polaków, bardzo istotnie przemawiającymi do serca i sumienia. Wstąpiłam więc do tego właśnie Związku i do dnia dzisiejszego (17 lat) w nim trwam, pełniąc kolejno funkcję sekretarza czy vice-prezesa zarządu. W międzyczasie byłam także sekretarzem we władzach zarządu głównego.

W czasie swej działalności starałam się przynieść Oddziałowi Berlińskiemu  jakąś korzyść, choć nie dająca się przeliczać na korzyści finansowe. Między innymi, kiedy sztandar Oddziału zdezaktualizował się w czasie i przestrzeni mając na sobie napis – Berlin Zachodni, znalazłam wykonawcę i za stosunkowa niewielką cenę zleciłam wykonanie nowego sztandaru, a następnie zainicjowałam wbijanie gwoździ w drzewce sztandaru. Aby darczyńca mógł się uwiecznić na dziele, musiał wykupić gwóźdź w cenie 100, 75 lub 50 marek w zależności od kruszcu – koloru (złoty, srebrny, brązowy). W ten sposób znacznie zmniejszyły się koszty wykonania sztandaru, a darczyńcy po dziś dzień mogą chlubić się swoją ofiarnością wskazując na gwóźdź ze swoim wygrawerowanym nazwiskiem.

Następnie zainicjowałam uroczystość poświęcania sztandaru, wykonując w kościele odpowiednia dekorację, łącznie z własnoręcznym szyciem flag państwowych, długich jak wysokie były kolumny w kościele. Zarząd Oddziału Berlińskiego, doceniając wkład moich starań i działań powołał mnie na Matkę Chrzestną Sztandaru.

Ponadto w 2004 roku uczestniczyłam z ramienia Związku w Ogólnoświatowym Festiwalu Recytacji twórczości Marii Konopnickiej w Przedborzu, woj. Łódzkie, gdzie spośród 400 uczestników byłam najstarsza. Zajęłam I miejsce będąc jednocześnie jedyną osobą reprezentującą Niemiecką Polonię.

Mój dwudziestoletni pobyt w Berlinie wycisnął piętno czasu na mojej osobie. Pomijając wiek, nie jestem już tak dynamiczna i sprawna fizycznie jak kiedyś i dlatego wykorzystuję czas na pisanie. Tym razem już nie do szuflady czy na wiatr. Wyszłam z założenia, że lepiej późno niż wcale. W związku  z tym powstało już trochę wierszy uświetniających poszczególne uroczystości związkowe, na cześć Papieża Polaka i na Jego śmierć. Powstała również książka wspomnieć syberyjskich pt.”Gorzki smak mleka  - czyli nigdy więcej”, o czym już wcześniej  wspomniałam. Najbardziej jednak lubię pisać bajki wierszowane przeznaczone dla dzieci od lat pięciu do stu pięciu. Chociaż nie zawierają nachalnego morału, są pouczające i w dyskretny sposób niosą przesłanie jak np. „Jego Wysokość CZAS” czy „Kuba i Kwiat Paproci”, „Krasnoludek” i inne. Wszystkie one niebawem zostaną opublikowane, a fragmenty niektórych już można znaleźć w Internecie.

 

 

Jego wyskość czas

Danuta Haffke

Fragment Zima

 

…I oto, tuż przed wieczorem, jakby trochę spóźniona, zjechała cała srebrzona,

w mgle i puch biały spowita ZIMY wspaniała kareta.

Jej szyby zamrożone, niczym w krysztale rzeźbione,

 blaski rzucają bez końca w świetle zachodzącego słońca.

Białe konie zaprzężone w uprzęże srebrem zdobione i drogimi kamieniami,

a wszystko lśni diamentami. Zaś w karocy siedzi ZIMA.

W białych dłoniach berło trzyma. Berło- sopli lśniące pęki, symbol jej mroźnej potęgi!

Ubrana w kosztowne szaty. Na szyi sznur przebogaty i gronostajowy toczek wieńczy jej krucze warkocze.

Dopełnia bogactwa tego poncho z puchu łabędziego i otula kibic cala by ciało nie przemarzało.

Jeszcze tylko nóżki drobne obute w botki wygodne,

bielutkie w gwiazdeczki złote, wspaniałej szewskiej roboty.

Pani ZIMA choć tak piękna jest wyniosła, nieprzystępna,

kapryśna, zła i surowa. To dopiero wad połowa!

Niech ktoś spojrzy krzywym okiem, może go zamrozić wzrokiem.

Lepiej jej w drogę nie wchodzić. W ciepłych butach zawsze chodzić,

czapce, rękawicach, szalu. I bądź zdrowa panno Lalu!

My się zimy nie boimy, z jej pogróżek sobie kpimy!

Pan GRUDZIEŃ jest całkiem inny, zdaje się, ze aż dziecinny.

Bo choć mrozy z sobą niesie, wytnie nam choinkę w lesie,

ustroi świecidełkami i będzie się bawił z nami.

Przyjdzie cicho, wcześnie rano pod oknem ulepi bałwana.

Na lód zaprowadzi i serdecznie nam doradzi, jak na łyżwach jeździć pięknie.

Nawet nart się nie przelęknie! Buzie rumieńcem maluje i naprawdę się nie czuje,

że mróz szczypie w nosy w uszy. Każdego lenia poruszy!

Bo inaczej piecuch Felek może zmarznąć na sopelek.

A w Wigilie, gdy choinka jarzy się świecidełkami,

Potem kolędować z nami będzie wcale nie przypadkiem przyjdzie cicho i na pewno obsypie nas prezentami.

I życząc nam świąt wesołych, przełamie się opłatkiem ...

Grudzień chcąc wszystkich obdzielić, z każdym choć chwile weselić,

musi się nabiegać strasznie. I to go tak męczy właśnie!

Lecz odpocznie juz niebawem. Dzisiaj dzień ostatni grudnia.

Misje kończy po południu. Dziadek CZAS go zawiadomił,

Ekspedycje uruchomił i ROK zjedzie przed północą.

Właśnie wyruszył karocą. Wiec na balu go czekajcie, bramy przed nim otwierajcie!

ROK - to CZASU syn jedyny. Taki status to nie kpiny!

Jest tez dwojga imion panem- Sylwestrem I Mieczysławem.

Wiec nie darmo z takiej racji bal zaczyna po kolacji,

A kończy nazajutrz rano, gdy śniadanie już podano.

Wtem dzwoneczki zadzwoniły, fajerwerki wystrzeliły i zagrzmiało i zawrzało

niebo się rozmigotało.

Właśnie Nowy Rok zawitał! Razem z nim wspaniała świta!

Wszyscy cieszą się, witają i szampany otwierają

By godnie powitać gości wśród wiwatów i radości

STRONA GŁÓWNA