b_ludz.jpg (7461 bytes)

i_ludzie.jpg (11620 bytes)


        



Gmachy do chmur, ordnung i enerdowskie wizy.

Relacja z wycieczki edukacyjnej do Berlina, zorganizowanej przez dr hab. Marie Kalczyńską dla studentów europeistyki Politechniki Opolskiej (4 kwietnia 2009r.)


Ciężko się przebudzić ze snu, gdy organizm cały głęboko zakopany w pieleszach i tylko oczy ślą do mózgu sygnał o zbliżającym się, słonecznym i wcale nie bladym, świcie. Donośny głos przewodnika naszej wycieczki, pana Andrzeja, wspomógł leniwe reakcje naszych ciał i poderwał wszystkich do wyjścia z autokaru – oto nasza pierwsza przerwa w podróży już na terenie Niemiec.

Zmierzających w stronę stacji benzynowej przywitały wszędobylskie ogrodowe krasnoludki, bociany oraz figurki elfów, faunów i innych bajkowych stworzeń, w których nasi sąsiedzi zza miedzy tak się lubują. Pierwsze wrażenie? „Ech, jak w domu”. Przecież ten widok nie może być obcy mieszkańcom Opolszczyzny, regionu zamieszkałego przez 69,9% wszystkich osiadłych w Polsce Niemców. Przyjemnie.


Z Opola wyruszyliśmy o 4:30 rano z planem na przybycie do Berlina około godziny 10:00. Dzięki odpowiedniemu parciu na pedał gazu i wspaniałym opowieściom przewodnika, nawet nie zauważyliśmy kiedy skończyła się autostrada, a autokar zatrzymany został na granicy do kontroli przez niemiecką straż. Układ z Schengen układem z Schengen, ale ostrożności nie zaszkodzi. Niedługo potem minęliśmy tabliczkę powitalną dla przybyszów zmierzających do Berlina, a nasze zegarki pokazały dziesiątą rano.


Widoki z okien busa sunącego powoli przez przedmieścia nie różniły się niczym specjalnym od tego, co znamy z polskich miast. Jednak im głębiej Berlina Wschodniego tym bardziej skrajnie. Patrzyliśmy na miejsca kolorowe od straganów ulicznych, różnych odcieni skóry przechodniów, upstrzonych graffiti kamienic i socrealistycznych bloków oraz na szare mury, brudne chodniki zapomnianych dawno dzielnic i czarne burki kobiet wracających z zakupami do swych domów. Długo jechaliśmy wzdłuż Muru Berlińskiego, który odwrócił skutecznie naszą uwagę od oczekiwanej gdzieś daleko po drugiej stronie Oppelner Strasse (ulicy Opolskiej). Pod koniec wycieczki mieliśmy możliwość podejścia bliżej, sfotografowania się obok, a nawet pocałowania kogoś tuż pod – ot na szczęście (a może na pamiątkę po słynnym pocałunku Breżniewa i Honeckera?). Zastanawiające były wszędzie spotykane stoiska z rzekomymi odłamkami muru sprzedawanymi za nie lada kwoty, enerdowskimi paszportami, pieczątkami z czasu Zimnej Wojny, papachami i radzieckimi furażerkami. Zaś najpowszechniej słyszanymi językami dochodzącymi od strony turystów pochylających się z podziwem nad tymi zbiorami był angielski z wyraźnym amerykańskim akcentem.


Pierwszy punkt naszej wycieczki to wystawa pt. "My, berlińczycy! Wir Berliner! Historia polsko-niemieckiego sąsiedztwa" w galerii Ephraim-Palais (dzielnica Nikolaiviertel). Wspaniały rokokowy pałac kontrastował z chłodnym i nowoczesnym stylem wystawy, jaką mieliśmy możliwość zwiedzać. Dowiedzieć się można było wiele o początkach powstawania Polonii w Berlinie oraz o jej obecnej sytuacji. Zaskakujące ekspozycje pobudzały do zadawania sobie pytań o odczucia, jakie rodziły się w opuszczających Ojczyznę Polakach. Pomagały w znalezieniu odpowiedzi na pytanie o dzisiejszą ich rolę w życiu kulturalnym miasta i siłę przebicia wśród tak licznej masy różnorakich tworów kulturowych mających swoje źródło w niemal wszystkich zakątkach świata. Jasne pomieszczenia i abstrakcyjne podejście do prezentacji zgromadzonych eksponatów spowodowały, że wśród zwiedzających pojawiło się z początku uczucie zagubienia i niezrozumienia kontekstów oraz sensu poszczególnych okazów. Spotęgowane przez często padające z ust pani oprowadzającej jedną z grup skomplikowane pytania o stereotypy dotyczące Polaków zwiększały napiętą ciszę, która jednak powoli zaczęła się rozpraszać wraz z dźwiękiem wideorelacji i fragmentu filmu „Czterej pancerni i pies” emitowanych z ekranów umieszczonych w ścianach i innych najmniej oczekiwanych miejscach.

Zachwyt wzbudził we mnie ogrom pracy włożonej w przygotowanie tej wystawy, niebanalne pomysły artystów tworzących potężne inscenizacje w całkiem pustych salach i dogłębne przeanalizowanie tematu z wielkim naciskiem na historię. Ściana pamiątkowa w galerii, na której podpisy mogli składać wszyscy ją odwiedzający, gęsto pokryta była pismem we wszystkich chyba możliwych językach. Nie sposób określić, jaki dobroczynny wpływ na bieżącą sytuację Polaków w Berlinie mieć będzie owa wystawa.


Po wyjściu z galerii i krótkim spotkaniu z konsulem Polonii Dariuszem Klaczko - wyruszyliśmy w stronę Alexanderplatz, skąd wypatrywaliśmy wieży telewizyjnej (Fernsehturm). Nadszedł czas na to, by każdy poszedł w swoją stronę, a więc otrzymaliśmy czas wolny. Można było śmiało coś zjeść, zrobić małe zakupy i rozejrzeć się po pięknej okolicy. Uwagę przykuwał elegancki budynek ratusza z czerwonej cegły, urokliwe zakątki ze wspaniale rozlokowanymi kawiarenkami i sklepami z pamiątkami (oraz wszędobylskimi pluszowymi misiami – symbolami miasta), wożące zachodnich turystów ryksze rowerowe, czyste trawniki i porządek jaki wszędzie, w całym mieście dawał świadectwo o dbałości Niemców o własność państwową, o wspólną własność.


Dalej nasza grupa ruszyła w stronę Sprewy, nad którą można było podziwiać statki turystyczne i niestety tylko rzuciła okiem na budynek muzeum DDR. Minęliśmy Wyspę Muzeów zwracając większą uwagę na Starą Galerię Narodową, Stare Muzeum i ewangelicką katedrę. Skierowaliśmy się później w stronę Unter den Linden, gdzie podziwiać mogliśmy Uniwersytet Humboldtów, z którym związany był m.in. Otto von Bismarck, Arthur Schopenhauer czy Friedrich Engels. Vis-a-vis uniwersytetu stoi klasycystyczna katedra św. Jadwigi z oszałamiającą kopią watykańskiej Piety Michała Anioła.


Kolejnym, niezwykle ważnym punktem naszej wycieczki było dotarcie pod Bramę Brandenburską i koniecznie przemaszerowanie pod nią najszerszym środkowym cesarskim przejazdem. Po jej drugiej stronie odwiedziliśmy pomnik-mauzoleum ofiar Holocaustu, którym jest 2700 szarych obelisków – macew. Odstraszał brak szacunku dla sztuki i zrozumienia delikatnej symboliki tego miejsca, jaki zaobserwowaliśmy wśród licznie odwiedzających pomnik turystów, a który odznaczał się stawaniem na płytach czy też skakaniem po nich.


Potem już szybko skierowaliśmy się w stronę Reichstagu, którego szczyt postanowiliśmy zdobyć dzielnie mijając długą kolejkę (naszym szczęściem szybko się przesuwającą), dokładną kontrolę z wykrywaczem metalu przy drzwiach i lekceważąc lęk wysokości, który towarzyszył wielu z nas w czasie jazdy windą a potem wdrapywania się na dach budynku. Widok zrekompensował nam wszystkie trudy. Rozciągał się na cały Berlin i bliżej było nam wtedy do chmur, których sięgały najwyższe piętra budynków stojących przy Placu Poczdamskim. Potsdamer Platz jest jednym z najruchliwszych, największych i najnowocześniejszych w całym Berlinie. Mieszczą się przy nim setki sklepów, restauracji, biurowców, kina, a zaraz pod nim nowiuteńki podziemny dworzec kolejowy o tej samej nazwie. Było to niestety ostatnie miejsce, które odwiedziliśmy w tym pełnym skrajności, krzykliwym, nadspodziewanie pięknym i w pełni europejskim mieście.


Pozytywne wrażenia i niezapomniane obserwacje, jakich pełne nasze głowy, ośmielają do wysunięcia pewnej tezy – tutte le strade portano a Berlino!

Katarzyna M. Kołowrot


Więcej informacji na temat wystawy znajduje się tutaj.



STRONA GŁÓWNA  O NAS  AKTUALNOŚCI  SALON  BIBLIOTEKA  ARCHIWUM  KSIĄŻKI  LUDZIE  MEDIA  INSTYTUCJE  POLONIA  NAGRODY  KONTAKT